amfiprionka blog

Twój nowy blog
Po 3 godzinach zażartej dyskusji, poruszania ciekawych tematów i sporów, zmiana na matematykę była straszna. To tak jakby małemu dziecku odebrać cukierka i kazać mu jeść szpinak. Człowiek siedzi nad zeszytem, ze świadomością, że to ostania matma w 2 klasie i za nic w świecie nie może się przemóc, żeby zacząć robić nudne wykresy i grafy. No nie i już. A kiedy już się człowiek na chwilę zdoła oderwać od ziemi, popatrzy na gorącę słońce świecące za oknem, i pomarzy, żeby tylko wyjść z klasy i pograć na piasku w siatę, zaczyna się. Nagle woźny przypomina sobie, że zapomniał skosić trawę. Uruchamia głośne narzędzie zbrodni, i gwałtownym pociągnięciem za sznurek, wyrywa człowieka z błogostanu. Niesprzyjający warkot wrzyna się człowiekowi do mózgu, do każdej szarej komórki aż po koniuszki włosów. I wtedy znowu zamiast widzieć siebie serwującą piłkę ponad siatką, widzę zeszyt, ołówek i całą armie zadań, które szczerzą zęby mszcząc się za to, że tyle muszą czekać. Ale nadchodzi ratunek… Piękne zdanie wychodzące z zaciśniętych na pinezkach ust nauczycielki: możecie się już pakować. Tak! Nareszcie! Koniec ostatniej, a zarazem najnudniejszej lekcji matematyki w roku. Koniec, już tylko luz, aż do początku 3 klasy.

-

3 komentarzy
***

Doszłam do wniosku, że moja mała wioska, z małym, białym domkiem (który na szczęście nie ginie w tłumie innych, z racji tego, że leży na całkowitym odludziu) ma taką specyficzną atmosferę. Ezoteryczne Hemnes, możnaby powiedzieć :) W wybitnie dobrym humorze, z kawałkiem „Mama Said” na uszach i słońcem uderzającym w oczy, wracałam ze szkoły, myśląc o tysiącu rzeczy na raz. Z magicznego nastroju drastycznie wyrwała mnie woń świeżo nawożonego pola, która uderzyła w nozdrza tak nagle, że nie było już gdzie uciekać. Hmm „Ezoteryczne Hemnes”…? Powiedzmy, że to specyficzny urok tego miejsca ;)Wiosna – cichcem, bez żadnego uprzedzenia wkradło się rozkojarzenie i bezczelnie zaburzyło moją koncentrację. Uwielbiam ten stan, mogłabym tak wieki… Na ziemię przywraca mnie jedynie myśl o sprawdzianach na półrocze, już tylko to dzieli mnie od dwóch miesięcy szaleństwa. Trudno się niestety skupić z tą myślą, już tak niewiele brakuje…

***

Oczywiście życzę Wam Wesołych Świątek i dobrej zabawy w Lany Poniedziałek ;)

Wiosna…? Czyżby? Małe przebłyski w każdym razie :) Wnioskuję po tym, że da się siedzieć przy otwartym na oścież oknie, bez żadnych kożuchów oczywiście. No i słońce… Znowu wyszło :) Cieszę się jak dziecko, poszłabym na rower z tego wszystkiego, ale raczej nie dojechałabym w jednym kawałku do drogi. To jest jeszcze ta faza, kiedy resztki starego, brzydkiego i niechcianego już śniegu, leżą i leżą i się stopić nie chcą. Ale optymizm na pierwszym miejscu :)
Nareszcie udało mi się coś niezłego wymęczyć :) Jak widzicie, nowy szablon całkowicie mój i tylko mój. No może oprócz zdjęć, ale pomysł i wykonanie handred persent majn ;D Muszę się nieskromnie przyznać, że jestem nawet zadowolona z efektu. Jak macie jakieś „ale” co do wyglądu, piszcie :)
Nagły atak lekkiej zimy zaskoczył mnie nie dawno, i co najlepsze – śnieg, który spadł w którąś noc po moim przyjeździe, dalej leży nienaruszony. Jak gdyby czas stanął w miejscu. Popołudniowe spacerki po lasach w towarzystwie babci, odwiedzanie miejsc, z którymi już łączymy jakieś szczególne wspomnienia. Teraz te wspomnienia już nie bolą, rozmowy o moim dziadku, to już nie boli tak jak kiedyś. Teraz robi sie cieplutko na sercu, że ktoś taki kiedyś istniał, że nie była to tylko postać z jakiegoś tandetnego filmu. Chyba się zakochuję… w Norweskiej zimie :) Nie wiedziałam, że jest taka piękna. Nigdy jakoś nie patrzałam na nią przychylnym okiem. Zawsze wolałam usypiać mój czujny wzrok w tym okresie. Nie lubiałam zimy. Teraz widze jej zalety, jest pięknie. Jak z bajki. Ośnieżone drzewa migające w świetle ostrego słońca, śnieg skrzypiący pod stopami i oblodzone rzeki. I powroty do domu, z prawie zamarzniętym nosem i policzkami. Wtedy gorąca, wiśniowa herbata i wełniane, grube skarpetki dodają dobrego humoru. Czuję, że może wreszcie polubię tę porę roku…
Ostatnie 2 dni mojej laby mam zamiar spędzić na nicnierobieniu, co jak do tej pory, wychodzi mi całkiem, całkiem :) Cały dzień w piżamie, w stanie całkowitej surowości. Wczoraj, po 2 dniowej podróży autobusem, jak zaległam w moim łóżeczku, tak spałam do 12.30. Ale w końcu mi się należy :P W Polsce było…było… cóż tu dużo mówić, jak zwykle było tak, że chyba lepiej być nie mogło. Ale czemu tak krótko? Za szybko minęło. Jeszcze tydzień, dwa by mi bardzo dobrze zrobiły. Co robiłam w tym czasie? A dużo rzeczy. Znalazłyśmy z Werką miejsce z najlepszą gorącą czekoladą jaką kiedykolwiek piłam. Mała słodyczarnia Wawel. Już od wejścia uderza nas zapach czekolady, a za szkłem migocą sreberka najróżniejszych czekoladek. Od razu pomyślałam, że to będzie jedno z moich ulubionych miejsc w Kato :) No i ta herbaciarnia… (miałaś rację Izzo :) Weszłyśmy z Werką do jednej z chyba najbardziej obskurnych bram, ruszyłyśmy do niepozornych drzwi z godzinami otwarcia i… zupełnie inny świat. No i ten wierszyk na ścianie, był o mnie :) To nie jest zwykły przypadek, nie może być. Sylwka 2004 tez długo nie zapomnę, bo był to jeden z lepszych, jak nie najlepszy. Chyba napiszę coś jutro, dzisiaj nic zlepionego w jedną całość nie powstanie :)
Pogoda za oknem ewidentnie nie zimowa. Słońce ostro świeci, nie ma śniegu, jedynie temperatura wskazuje na tę porę roku. Aż chciało by się wyjść do ogródka w piżamie i trochę się zapomnieć. Pobiegać boso po trawie w świetle popołudniowego słońca. Jedyne co człowieka przed takimi wariactwami hamuje to sąsiedzi i niestety odczuwalna temperatura :) Na razie można najwyżej pomarzyć. Weekend w moim wykonaniu bardzo leniwy, nie zrobiłam przez te 2 dni nic, kompletnie nic. Wczoraj cały dzień spędziłam w piżamie, słuchając muzyki i popijając mleko z syropem z czarnej porzeczki. Mleko + syrop = moje nowe odkrycie :) Natchnęło mnie menu jakiejś małej kafejki w centrum Oslo. Powinnam się właściwie już zacząć pakować, w końcu za tydzień o tej godzinie już będę w Polsce. A tak przy okazji, macie może jakieś propozycje na Sylwka? :)
Za mną już sprawdziany z angola i norska… Została jeszcze majma. Po stresach związanych z norweskim, poszłam popływać. Taaak, nie ma to jak pływanie po nerwowym dniu. Cały ciężar, ten ogromny „klump” w brzuchu i stres, rozpływają się w mocno chlorowanej wodzie basenu w Askim. Po 3 godzinach pływania wracam do ciepłego domu i jest mi tak dobrze jak nigdy :) Nie chce mi się kompletnie nic robić, siedzę na kanapie i włączam TV z nadzieją, że akurat będzie coś ciekawego. Jestem otępiała, i jest mi dobrze, bardzo dobrze. W tym błogim stanie trwam jakieś pół godzinki, a potem kładę się do ciepłego łóżeczka. Uwielbiam to.
31.10
Moje norweskie życie, jak to nazwała Iza :) (pozdro), powoli toczy się w melancholii….. Zmiana czasu mi chyba nie wyszła na dobre, boli mnie głowa, prawie zasypiam. W Norge zimno, nie mam ochoty wystawiać nawet nosa za drzwi. W szkole zaczyna się stres… Sprawdziany na półrocze, pełno kartkówek. Jak zwykle najlepsze lekarstwo na koniec semestru to owocowa herbata z dużą dawką amolu( muszę przyznać, że niezłego daje kopa :). Najchętniej pojechałabym już do Polski, odpoczęła. Mam ochotę oderwać się na chwilę od tych wszystkich zwykłych rzeczy, od codzienności. Nie musieć myśleć o tym, że jeszcze kupa roboty z angola, norweskiego czy chemii. Nie chce mi się. Normalnie mi się już nie chcę. Musze podładować akumulatorki, poprawić humor. No, ale nic. Pozostaje tylko czekać i LET THE THINGS GO.

  • RSS