Po 3 godzinach zażartej dyskusji, poruszania ciekawych tematów i sporów, zmiana na matematykę była straszna. To tak jakby małemu dziecku odebrać cukierka i kazać mu jeść szpinak. Człowiek siedzi nad zeszytem, ze świadomością, że to ostania matma w 2 klasie i za nic w świecie nie może się przemóc, żeby zacząć robić nudne wykresy i grafy. No nie i już. A kiedy już się człowiek na chwilę zdoła oderwać od ziemi, popatrzy na gorącę słońce świecące za oknem, i pomarzy, żeby tylko wyjść z klasy i pograć na piasku w siatę, zaczyna się. Nagle woźny przypomina sobie, że zapomniał skosić trawę. Uruchamia głośne narzędzie zbrodni, i gwałtownym pociągnięciem za sznurek, wyrywa człowieka z błogostanu. Niesprzyjający warkot wrzyna się człowiekowi do mózgu, do każdej szarej komórki aż po koniuszki włosów. I wtedy znowu zamiast widzieć siebie serwującą piłkę ponad siatką, widzę zeszyt, ołówek i całą armie zadań, które szczerzą zęby mszcząc się za to, że tyle muszą czekać. Ale nadchodzi ratunek… Piękne zdanie wychodzące z zaciśniętych na pinezkach ust nauczycielki: możecie się już pakować. Tak! Nareszcie! Koniec ostatniej, a zarazem najnudniejszej lekcji matematyki w roku. Koniec, już tylko luz, aż do początku 3 klasy.