Piszę, chociaż za bardzo nie ma o czym. Była jedna niezła akcja w weekend… A było to tak:
Przychodzą Olga i Wika do domu, po mile spędzonym popołudniu z Anią i Alkiem. Dopada je głód. W lodówce: lazania do podgrzania o smaku mydła. Wika kładzie lazanię na jedną z płyt, po czym nastawia „piekarnik” (jak się potem okazało, właśnie tą płytę) na 750 chyba C.
-Wika, ta lazania się chyba pali w tym piekarniku… Wika pali się!, krzyczy Olga po ok. 15 minutach, kiedy zobaczyła subtelny dym nad płytą. Wika nic, zero reakcji, siedzi i patrzy. Za parę sekund biegnie do piekarnika, podnosi spalone pudełko z lazanią, a tam niespodzianka: zwęglona do reszty, tląca się szmatka.
-Gdzie by to teraz wyrzucić, żeby matka nie zauważyła?, mówi przejęta, ale rozbawiona Wika.
-Idź na dół do kontenera, ja pootwieram wszystkie okna.
-E tam, po co na dół, stwierdza Wika, otwiera balkon i wyrzuca szmatkę…
-Jakby co to nie z 7 piętra.
To była historia oparta na faktach, Wika by puściła z dymem małe, 2 pokojowe, mieszkanko:)
Niby nie takie zabawne, no ale jednak, jak to przeważnie po takich akcjach, zaczęłyśmy się panicznie śmiać.

***

Wczorajszy telefon do verdens best bestevenn, the best bestfriend in the hole world, i najnajnajnajnaj psiapsiółki na całym świecie, poprawił mi (już świetny) humor. Werka rozumie, nic nie trzeba tłumaczyć. I między innymi dla tego jesteś de best! :*

***

Mówcie co chcecie, ale ja teatr uwielbiam. Ta atmosfera… Ludzie siedzący w ciszy i skupieniu, czekający na ruch kurtyny, który oznacza jedno: początek… Potem sam spektakl, wciągający, trzymająca w lekkim napięciu ciekawość, co będzie dalej, jak się skończy. Kino tego jednak nie potrafi przebić. Dla mnie teatr to coś naprawdę rewelacyjnego…