amfiprionka blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2004

Z słuchawkami na uszach myślę o…. kisielku z jagód : D Tak mi jakoś przyszła ochota. Taaak…. Kisielek dobra rzecz…. Nie, a tak trochę poważniej (nie tak znowu bardzo :), nudzę się jak nigdy w życiu. Z niecierpliwością wyczekuję dnia jutrzejszego, Wika z Anią przyjadą. Weekend minął średnio ciekawie, ale było parę ciekawych rozmów z paroma osobami :) Kilka zmian w wystroju mojego Małego Królestwa, ale niestety nic wielkiego, zabrakło Kropelki ;( Wymiana fotek w antyramie. No, a tą notkę piszę po prostu z nudy. Z czystej nudy. S.O.A.D brzęczy w uszach……

Chop Suey!

Wake up
(wake up)
Grab a brush and put on a little make up
Hide the scars to fade away the shakeup
(hide the scars to fade away the shakeup)
Why’d you leave the keys up on the table
There you go create another fable
You wanted to
Grab a brush and put on a little makeup
You wanted to
Hide the scars to fade away the shakeup
You wanted to
Why’d you leave the keys up on the table
I don’t think you trust in my self righteous suicide
I cry when angels deserve to die (die)
Wake up
(wake up)
Grab a brush and put on a little make up
Hide the scars to fade away the shakeup
(hide the scars to fade away the shakeup)
Why’d you leave the keys up on the table
There you go create another fable
You wanted to
Grab a brush and put on a little makeup
You wanted to
Hide the scars to fade away the shakeup
You wanted to
Why’d you leave the keys up on the table
I don’t think you trust in my self righteous suicide
I cry when angels deserve to die
In my self righteous suicide
I cry when angels deserve to die
Father father father father
Father into your hand I comend my spirit
Father into your hand why have you forsaken me in your eyes
Forsaken me in your thoughts
Forsaken me in your heart
Forsaken me ohh
Trust in my self righteous suicide
I cry when angels deserve to die
In my self righteous suicide
I cry when angels deserve to die.

Naprawdę fajny kawałek. Wchodzę na PBase z głęboką nadzieją, że znajdzie się jakaś ciekawa i godna przeglądnięcia galeria. Sounds Of Silence, obiecujący tytół :) No i moja intuicja była nieomylna, bardzo fajne zdjęcia. Zostawiam Was z Dźwiękami Ciszy i przepraszam za te nudne 5 sekund przy tej notce :)

No, pomyślałam sobie, że można by coś nowego wreszcie wrzucić na tego bloga i nawet wena dopisuje :) Ferie od paru godzin… mmm… delektuje się nadchodzącym weekendem. Wstawanie o 11 (albo i później), siedzenie w piżamce cały dzień… aaaaale się cieszę! W towarzystwie płytki System of a Down mijał ostatni tydzień. Płytka pożyczona oczywiście od Wiki :) Dziwnie, z bliżej nieokreślonych przyczyn dobry humor. Nie mogę dzisiaj poskładać słów, więc chyba po prostu tą notkę skończę :)

***

Myślę, że głupio by było, gdybym tego tutaj nie napisała. Nie dawno straciłam jedną z najważniejszych dla mnie osób na świecie. Mój dziadek był świetną osobą. Ale chyba lepiej, że stało się tak, a nie inaczej. Lepiej chyba mieć już to wszystko z głowy, niż żyć w bólu i strachu, że można się już nie obudzić następnego dnia. W każdym razie, zawsze będę go pamiętać i kochać.
Tyle, dzięki za przeczytanie.

Jestem bardzo zmęczona, nie chce mi się nawet ruszać palcami i stukać w klawę, ale jakoś tak mnie naszło, więc piszę. Małe podsumowanie weekendu? Hmm w kilku słowach, w wielkim skrócie : nie zbyt się wyspałam, mam zakwasy na bicepsach, koniec weekendu, czyli dzisiejszy dzień, fajny i udany. Tak jak było planowane, bez większych niespodzianek. Łyżwy w Aurskog, później Oslo, muffinek i gorąca czekolada o smaku grzybów. Tak, tak, właśnie grzybów. Wzięłam pierwszy łyczek, smakowała mi nawet. Przy drugim nabrałam już pewnych wątpliwości, a przy trzecim narodziła się myśl: „Nie, no, to smakuje grzybami, tego się nie da wypić”. Po grzybowej czekoladzie, było kino, Władca Pierścieni po raz drugi. Podobało mi się tak samo jak za pierwszym. Kino dziwnie malutkie, jak do tej pory siedziałam w wielkich salach przepełnionych ludźmi. Było mało ludzi a zachowywali się jakby było ich co najmniej 10 razy więcej… Z jednej strony babka, uzależniona od takich, jak ja to nazywam, „psikawek” do nosa, na katar. Ciągłe psik, psik, jakieś śmiechy przy wcale nie śmiesznych momentach. Dzieciaki są beznadziejne, śmieją się zawsze na siłę, nawet nie wiedzą z czego tak właściwie… People, please, keep quiet… Ale mimo wszystko było fajnie. Pod wieczór kolacyjka w bardzo miłej restauracji. Po tych wszystkich atrakcjach dnia dzisiejszego, owocowa herbatka, cieplutkie wełniane skarpetki i dobra Irlandzka muza…

I feel powerless, but happy :)
pleple.bmp


  • RSS